29-05-2009

Skąd się wziąłem, czyli jak wygląda obecnie samorząd

autor: Tomasz Skupienski

Ponieważ jest to mój pierwszy wpis na blogu, czuję się w obowiązku wyjaśnić, skąd się tu wziąłem. Zacznę od początku, bo tak jest z reguły najprościej.
Samorząd jest powszechnie uważany za największe osiągnięcie III RP. Nie mówię „nie”, ale czy aby na pewno my, obywatele, umiemy z niego korzystać?
Ostatnio miałem wątpliwą przyjemność śledzić jak wyglądają wybory do samorządu studenckiego. Sposobu w jaki „stara gwardia” wycięła młodych i ambitnych społeczników nie powstydziłyby się nawet tuzy partyjnych gier i przepychanek – brak alfabetycznej listy wyborczej (dziwnym trafem pierwsze miejsca zajęli wybrańcy poprzedniej kadencji), oraz wykreślanie z niej przeciwników, osoby głosujące po kilka razy – esencja polityki w wydaniu młodzieżowym. Jednakże nie może być inaczej jeśli do urn wędruje ledwie kilka procent studentów. Jest to smutne, tym bardziej, że mają oni stać się najważniejszym filarem gospodarki opartej na wiedzy, którą ponoć w Polsce budujemy. Jak to zrobią skoro nie obchodzi ich najbliższe otoczenie? Nie mam pojęcia, życzę powodzenia, ale go nie wróżę…
Samorząd zawodowy, wywodzący swą tożsamość z artykułu 17 Konstytucji, jest dla większości obywateli synonimem sitwy. Weźmy za przykład prawnicze korporacje, które z wielkim upodobaniem systematycznie gwałcą rzeczony art. 17, który stanowi przecież „Samorządy te nie mogą naruszać wolności wykonywania zawodu ani ograniczać wolności podejmowania działalności gospodarczej.”. Rozdźwięk między treścią przepisu a faktyczną jego realizacją nie wymaga chyba komentarza.
“Jesteście chlubą polskiej polityki. (…) Nigdzie ludzie tak nie szanują środków publicznych, jak w samorządach.” mówił Donald Tusk podczas niedawnych obrad Komisji Wspólnej. Pozostaje mi mieć nadzieję, że Premier „Słońce” zwrócił się do przedstawicieli władz lokalnych tymi słowami przez grzeczność a nie tylko dlatego, że w większości samorządów władzę sprawuje koalicja jego partii wraz z przystawką. Przypuszczać, że Donald Tusk mówił tak, szczerze w te słowa wierząc byłoby niepoprawnym optymizmem albo wręcz naiwniactwem, od którego staram się stronić. Entuzjazmu Prezesa Rady Ministrów nie podzielają niestety obywatele – frekwencja w wyborach samorządowych w skali kraju nie przekroczyła nigdy 50%. Oznacza to, że co drugi Polak uważa, iż nie warto fatygować się do urny i to wcale nie dlatego, że los małej ojczyzny jest mu obojętny. Po prostu powszechne jest przekonanie, że bez względu na wynik wyborów nie zmieni się nic.
Jest więc o co walczyć. Jakie korzyści dla lokalnej społeczności może przynieść działalność samorządowa przekonuje najlepiej przykład USA. Do ich osiągnięcia potrzeba jednak powstania społeczeństwa obywatelskiego. Za jego budowę wzięli się oczywiście politycy, którzy w Polsce mają od dłuższego czasu niemal czarodziejską moc – czego się nie tkną na pewno zakończy się fiaskiem. Nie inaczej jest i w tym wypadku. Dlatego też obowiązek kreowania społeczeństwa obywatelskiego spoczął w naszych rękach.
Za realizację tego zadania odpowiemy przed przyszłymi pokoleniami, stąd chcąc na starość móc spokojnie przechadzać się po ulicy, zdecydowałem się włączyć w inicjatywę promowania aktywności lokalnej, na portalu Konkurs Innowator.