Tytułem wstępu, posłowie do wydania polskiego książki „Przedsiębiorczy samorząd. Instrukcja obsługi” Krzysztof Dzierżawski wielokrotnie przywoływał w niezliczonych debatach i komentarzach malowidło, które zobaczył w ratuszu w Sienie. Przedstawiało ono dwie krainy. Jedną w rozkwicie, zasobną i bogatą a drugą pogrążoną w upadku i nędzy. Symbolicznie przedstawiono skutki dobrego lub złego rządzenia. Do tego właśnie sprowadza się książka „Przedsiębiorczy samorząd. Instrukcja obsługi”. more »
Od dziś w CNN można obejrzeć spot promujący miasto Gdańsk. Ładny, owszem, oniryczny. Domki, niczym z belgijskiego miasteczka miniatur. Jednocześnie mało konkretny, i bez jasnego przekazu. Niektóre strategie promocji zakładają ogólnikowośc przekazu. Czy nie zbytnią? We make things happen. Tak, tak. Jak w krainie baśni, wszystko jest możliwe. Tylko czy ktoś zechce inwestować w Nibylandię?
„Nie dobrej woli piekarza zawdzięczamy to, że codziennie mamy świeże bułki…” - pisał Ojciec Myśliciel, Adam Smith (My wszyscy z niego J!).
Tymczasem - ta oczywista prawda - nie znajduje uznania w oczach prawodawców polskich i europejskich. Wszędzie ma być tak samo. Pole konkurencji pomiędzy samorządami jest w zasadzie ograniczone do minimum. Można ewentualnie - w ograniczonym zakresie - robić coś lepiej, ale już inaczej to nie. Możliwości rozwiązań systemowych - samorządowcy zostali pozbawieni.
Trudno wymienić wszystkie pożytki płynące z konkurencji pomiędzy samorządami - gdyby takowa była realnie możliwa. Jedni mogliby np. postawić na znakomite szkoły, inni na sport, jeszcze inni na rozrywkę. Jedni za kluczowe uznaliby bezpieczeństwo obywateli, kolejni komunikację etc. Oczywiście byliby też tacy, którzy postawiliby na wszystko naraz i najpewniej odeszli w hańbie.
Obywatele jednak zyskaliby realne PRAWO WYBORU, owo prawo, które przez cały XX wiek systematycznie było ograniczane i na razie przynajmniej nie zanosi się, żeby w XXI wieku miało to się zmienić.
Żeby samorządy mogły realizować swoją społeczną misję - oczywiście obok ograniczenia manii regulowania wszystkich i wszystkiego przez rządy centralne - potrzebne są pieniądze. Oznacza to, że samorządy powinny mieć prawo do znacznej części podatków (w tym też regulowania ich wysokości) plus prawo do nakładania realnych podatków lokalnych. Zasada jest prosta - im mniej pieniędzy będzie miał rząd centralny, tym sensowniej zostaną one wydane. Na pewno dochodziłoby i do marnotrawstwa, jak kradzieży i rozbojów - niemniej byłby one dokonywane na znacznie mniejszą skalę niż ma to miejsce w sytuacji mamy do czynienia z centralizacją.
Przeciwnicy przesłania praw i pieniędzy najniżej jak to jest możliwe najczęściej podnoszą problem braku kontroli właśnie oraz słynną już „niedojrzałość społeczeństwa”. Owa „niedojrzałość” to również argument przeciwko wyborom jednomandatowym, niegdyś główny argument za słynną „listą krajową” plus za szeregiem innych rzeczy. Część ludzi głoszących tego typu tezy to klasyczni tzw. „pożyteczni idioci”, którzy w dobrej wierze stawiają niesprawdzone empirycznie dogmaty, a część to sprytni gracze, którzy w ten sposób chronią lub budują swoje mniejsze lub większe korporacyjne lub prywatne interesy i interesiki.
Jedną z największych plag trapiących Polskę (i Europę) jest przekonanie przytłaczającej większości tutejszych elit o swojej wyższości nad tzw. ludem i święta wiara w to, że elita lepiej wie, co i jak należy zrobić, żeby ów lud był szczęśliwy. Podobne myślenie funkcjonuje w układzie stolica - „prowincja” i - niestety - oba te poglądy wspaniale się krzyżują i doskonale grają razem, ku nieszczęściu społeczeństwa.
Nie jest to zresztą wymysł dzisiejszy - tradycja jest długa, od średniowiecza. Właściwie jedyne dobro jakie za tego powstało to USA - które właśnie narodziły się z buntu przeciw takiemu rzeczy porządkowi.
W Polsce (i Europie) jeśli jest jakiś problem i politycy (chroń Dobry Boże) postanowią się nim zająć - przyjmuje się JEDNO rozwiązanie dla całego kraju. Z założenia musi być ono doskonałe, bo (a) zainicjowali je wybrańcy narodu, (b) napisali wybitni profesorowie, (c) omówili wybitni dziennikarze, którzy znają się na dziennikarstwie oraz na tym o czym aktualnie mówią, (d) przepracowały różne komisje „tajne, widne i dwupłciowe”, (e) przegłosowali wybrańcy: posłowie, senatorowie, prezydent… Czy tak tworzone dzieło może mieć jakąkolwiek skazę?
A Pan Bóg się śmieje… I życie też i na ogół zamiast wielkiej pieśni mamy - mniej lub bardziej żałosne porykiwanie.
Tak też jest z ustawą o samorządach. Opisany Team ABCDE stworzył ustawę, która mówi, że wszędzie w Polsce ma być tak samo. Dlaczego? Dlatego oczywiście, że przecież nikt nie jest w stanie stworzyć czegokolwiek lepszego niż Team ABCDE!
Właśnie kilka dni temu wróciłem z kraju gdzie panuje nieco inna filozofia - z USA. Tam prawa federalnego jest stosunkowo mało (jak na dzisiejszy świat oczywiście) i większość spraw do rozwiązania zostawia się lokalnym samorządom - stanom, powiatom, miastom. Efekt: jeśli pojawia się jakiś problem jest on rozwiązywany (prawnie) na kilkanaście - kilkadziesiąt - kilkaset różnych sposobów… i rzeczywistość to weryfikuje. Następnie na ogół idzie to już dobrze wypróbowaną metodą przejmowania dobrych praktyk czy benchmarkingu. Zupełnie podobnie jak w biznesie. Po pewnym czasie wiadomo co działa, co nie działa, jakie są skutki uboczne etc. Efekt końcowy zaś to znalezienie po jakimś czasie kilku rozwiązań, które są kopiowane wszędzie i działają!
Dodatkowo oczywiście działa jeszcze mechanizm konkurencji pomiędzy samorządami.
U nas - tymczasem, mam nadzieję - Team ABCDE w ogóle nie dopuszcza możliwości tego typu rozwiązań, gdyż oczywiście podważałoby to dogmat nieomylności i najwyższego geniuszu. Musi być jak w piosence Jacka Kleyffa o Sejmie: „O jedności w społeczeństwie/ żeby jedność była wszędzie / bo w jedności leży siła / byle tylko jedna była / Jedna świnia, jedna krowa / Jedna dupa, jedna głowa / Teraz będzie głosowanie / siadł i puścił z pyska pianę…”
“Słoneczny Pas” to potoczna nazwa dla połudnowej części Stanów Zjednoczonych, ciągnąca się od Florydy przez Georgię, Luizjanę, Teksas, Arizonę i Nevadę aż po Kalifornię. Metropolie ulokowane w “Słonecznym Pasie”, takie jak Atlanta, Las Vegas, Houston i Phoenix stają się obecnie miejscem migracji wielu mieszkańców z obszaru Nowej Anglii i Nowego Jorku. Powodem jest stworzony przez włodarzy tych miast system zachęt w postaci: niskich podatków lokalnych, zadawalającego poziomu szkół, komfortowych warunków logistycznych (czas dojazdu z centrum Houston na przedmieścia wynosi 27! minut) a także niskich cen mieszkań. W w/w miastach można kupić dom za cenę średniej wielkości mieszkania w Nowym Jorku (w którym o dziwo po dziś dzień obowiązuje centralna, a nie rynkowa regulacja cen wynajmowanych mieszkań!). Dzięki temu “Słoneczny Pas” stał się magnesem dla klasy średniej, która od lat jest fundamentem rozwoju amerykańskich metropolii. Odpływ utalentowanych jednostek z centrów biznesowych i finansowych jest nowym zjawiskiem w Stanach Zjednoczonych. Sukces miast “Słonecznego Pasa” opiera się na idei minimalnych podatków i minimalnej ilości regulacji, a przez to stworzenie naturalnych warunków do osiedlania się i prowadzenia działalności gospodarczej.
Jak się żyje w przyszłych metropoliach? Pod tym tytułem opublikowany został raport CBOS i Centrum EUROREG działającego przy Uniwersytecie Warszawskim. Autorzy przebadali osiem polskich metropolii pod kątem jakości życia ich mieszkańców (min. warunki bytu, rynek pracy, bezpieczeństwo, relacje i aktywność społeczna, zaufanie do władz lokalnych). Zadowolenie z miejsca zamieszkania najwyższe jest w Gdańsku, Krakowie i Wrocławiu, a najniższe w Katowicach, Lublinie i w Łodzi. To właśnie Gdańsk jest miastem, którego mieszkańcy najbardziej usatysfakcjonowani są wykonywaną pracą, miejscem zamieszkania, poziomem bezpieczeństwa jak i działaniem władz lokalnych. Gdańszczanie silnie identyfikują się ze swoim miastem, a także cechują się wysokim poziomem zadowolenia z życia. I ligę polskich metropolii uzupełniają Poznań i Wrocław. To te trzy miasta cechują się największym potencjałem rozwojowym. Dalsze miejsca zajmują: Kraków i Katowice. Jak wskazują autorzy najniższy potencjał rozwojowy jest w Łodzi i w Lublinie. Unikalna jest pozycja Warszawy, która mimo swego potencjału gospodarczego, charakteryzuje się niskim poziomem zadowolenia mieszkańców.
Małe uzupełnienie do poprzedniego wpisu. Desing Museum wykorzystuje bowiem w komunikacji wystawy narzędzia Web 2.0 (temat rzeka, więc będzie płynął wartkim nurtem jeszcze nie raz), dokładnie Flickr.com. Czyli buduje wokół wystawy społeczność. Program się nazywa Your Design Cities i angażuje użytkownika, umożliwiając mu budowanie galerii na Flicr.com w grupie „Design Cties”. Najlepsze zdjęcia, z wszystkich metropolii, pretendujących do tego miana (bez ograniczeń), zawisną w muzeum na wystawie appendixie towarzyszącej tej właściwej, natomiast główny zwycięzca ( zdjęcie, nie autor) zostanie wykorzystane w kampanii outdoorowej. A ponieważ tom miastu modnemu miastu nadawać może wszystko, zatem tematyka jest dowolna: miasto, masa, maszyna.
W Design Museum w Londynie od września wystawa pt. Design Cities, poświęcona miastom, które odcisnęły swoje piętno na historii projektowania. Wystawa śledzi wydarzenia w miastach w okresie ich kreatywnego szczytu: Londyn (1851 - światowa wystawa z pawilonem kryształowym Paxtona), Wiedeń (1908 stolica secesji i rodzącego się art. deco), Dessau (od 1928 siedziba Bauhausu), etc, etc. Wystawę nie tylko otwiera ale i zamyka Londyn z 2008, okrzyknięty tym samym (samozwańczo?), najważniejszym dla designu miastem naszych czasów.